Wyspa Kinmen
Zapraszam cię, Czytelniku, do lektury kilku skromnych kart wstępu do innego dzieła, książki Chiny–Pulsujący matecznik cywilizacji.
To krótka impresja pokazująca prawidła burz dziejowych, które miotają ludźmi i ciskają ich w zakątki świata, właśnie takie jak Tajwan. Cała książka jest zaś wyjątkową wizją historii politycznej i cywilizacyjnej Chin, opowiedzianą za pomocą przysłów, maksym i poezji.
Kinmen (Jinmen, 金門; też Quemoy, dosł. złote wrota) to miejsce, które w tajwańskiej świadomości funkcjonuje jako „wyspa frontowa” – przestrzeń zawieszona między wojenną przeszłością a nostalgią za dawną architekturą dynastii Min i Qing.
Wysepka leży tuż przy brzegu kontynentu i od dwóch dekad tłumnie odwiedzają ją turyści z ChRL, kupując m.in. słynną wódkę i noże wykonane z korpusów pocisków, którymi wyspa była ostrzeliwana w latach czterdziestych i pięćdziesiątych poprzedniego stulecia. Turyści z Tajwanu odwiedzają również miejsca związane z końcem walk z komunistami, ale dla nich głównym magnesem są piękne trasy rowerowe, nietypowa architektura i klimat dawnych dni.
W przeciwieństwie do Tajwanu, gdzie najpopularniejszą boginią jest Mazu, na Kinmen najważniejszym strażnikiem jest Lew Wiatru (fengshiye, 風獅爺). Tradycja ta zrodziła się z desperacji mieszkańców, którzy po masowym wylesianiu wyspy w czasach dynastii Ming i Qing zmagali się z dokuczliwymi zimą wiatrami monsunowymi.
Kamienne posągi stały się deifikowanymi strażnikami, mającymi moc „połykania wiatru”. Każdy lew ma inną osobowość – niektóre są groźne, inne zabawne, a jeszcze inne trzymają w łapach pędzle lub zwoje, symbolizujące sukcesy w nauce. Podczas wojennych bombardowań wiele lwów przetrwało nienaruszonych, co tylko umocniło u wyspiarzy wiarę w ich nadprzyrodzoną moc.
Ciekawostką jest fakt, że niektóre lwy mają wyraźnie zaznaczone cechy płciowe, co według lokalnych wierzeń pomaga w problemach z płodnością.
Kinmen słynie z unikatowych rezydencji zwanych fanzailou (番仔樓), czyli budynków w stylu zachodnim budowanych przez emigrantów. Nazwa pochodzi z języka hokkien (tajwańskiego), gdzie fanzai to potoczne, czasem lekko pejoratywne określenie „obcokrajowca” lub „barbarzyńcy”. Budynki te są pomnikiem tzw. „wyjścia na południowe morza” (chulu)1. W XIX i na początku XX wieku bieda na wyspie zmuszała mężczyzn do emigracji do Azji Południowo-Wschodniej, co często oznaczało rozłąkę z rodziną na całe życie.
Ci, którym się powiodło, przesyłali pieniądze na budowę imponujących domów, łączących tradycyjne chińskie dziedzińce z barokowymi fasadami i kolorowymi kafelkami. Budowano je z materiałów sprowadzanych z zagranicy (np. cementu, kolorowych płytek ceramicznych z Japonii czy metalowych okuć). Budynki te miały być dowodem sukcesu i dumą rodu, ale paradoksalnie wiele z nich pozostało pustych lub zamieszkałych jedynie przez starsze kobiety, tzw. „słomiane wdowy”, które nigdy więcej nie zobaczyły swoich mężów.
Najsłynniejszym przykładem jest Rezydencja Chen Jing--lana (陳景蘭洋樓). Zbudowana w 1921 roku, jest największym tego typu obiektem na wyspie. W swojej historii budynek ten pełnił funkcje szpitala wojskowego, szkoły, a nawet kwatery głównej armii podczas najgorętszych okresów konfrontacji z komunistami.
Po 1949 roku brutalnie przerwano świetność tych budowli. Wiele z nich zostało przejętych przez wojsko lub zniszczonych przez ostrzał artyleryjski.
Ale najbardziej ikonicznym widokiem na Kinmen, są tradycyjne domostwa w stylu minnańskim. Te należące do zamożniejszych mieszkańców mają dach typu „jaskółczy Ogon” (yanwei 燕尾), skromniejsze – końską grzywę. Budowane były z lokalnej czerwonej cegły i granitu. Wysoko uniesione i ostro zakończone kalenice według wierzeń miały przyciągać pomyślność i chronić przed złymi duchami. Typowa wioska na Kinmen to gęste labirynty tych budowli – emanują one niezwykłym urokiem i atmosferą dawnych czasów.
Dolne partie ścian wznoszono z solidnych bloków granitowych, co chroniło budynek przed wilgocią. Górną budowano z ozdobnej, wypalanej gliny. Centralnym punktem takiego domostwa jest otwarty dziedziniec (tianjing 天井). Zapewnia on wentylację i pozwala na akumulację wody deszczowej – w suchym klimacie Kinmen miało znaczenie nie tylko praktyczne, ale i symboliczne, bo woda oznacza napływ bogactwa. Układ pomieszczeń ściśle przestrzega hierarchii konfucjańskiej – centralna sala zawsze poświęcona jest ołtarzowi przodków, a boczne skrzydła to pomieszczenia mieszkalne. Domostwa mają wmurowane w ściany lub dachy Lwy Wiatru oraz inne talizmany, które miały chronić mieszkańców przed potężnymi wiejami, nawiedzającymi wyspę.
Wiele z tych budynków nosi do dziś blizny po ostrzale „co drugi dzień” – na czerwonych murach można dostrzec łaty z cementu zakrywające dziury po odłamkach pocisków propagandowych. Niestety tych unikatowych pamiątek, nadających całej wyspie absolutnie wyjątkowy klimat, jest coraz mniej. Paradoksalnie, jest to wynikiem starań o zachowanie tych zabytków – są one po prostu remontowane… ale te uszkodzone i porzucone się wyburza. Wielka szkoda.
Ikoniczna dla turystów jest wódka Kinmen Kaoliang (金門高粱酒) – potocznie kaoliang, czyli dosłownie „wysokoprocentówka”. Jej 58% to duma wyspy. Użytkownicy trunku są dumni zarówno z jego mocy, jak i swojej zdolności do jego picia. Często gaszę ich dumę zdjęciami z polskich wesel, na których widoczne są butelki ze spirytusem 98%. Dodatkowo polska Wikipedia poważnie podchodzi do dokumentowania nadzwyczajnych osiągnięć naszego narodu i grupy etnicznej w ilości promili we krwi. One robią wrażenie. Należyte wrażenie.
Tu trzeba dopowiedzieć, że z przyczyn genetycznych mieszkańcy Azji Wschodniej są daleko bardziej podatni na efekty uboczne picia. U około 40–50% mieszkańców regionu występuje mutacja genu kodującego enzym ALDH2, który odpowiada za przemianę etanolu w bezpieczniejszy kwas octowy. Ogólnie więc Azjaci nie mają ze Słowianami szans w pojedynku na to, kto kogo przepije. Ale już w poważniejszym tonie – trzeba trochę rozcieńczyć ten biały suprematyzm, ponieważ z medycznego punktu widzenia mutacja jest… korzystna. Osoby z brakiem aktywnego ALDH2 rzadziej popadają w alkoholizm, ponieważ picie wiąże się dla nich z natychmiastowym złym samopoczuciem, a nie z przyjemnym rozluźnieniem. W moim przekonaniu wstrzemięźliwość alkoholowa jest jedną z przyczyn, dla których Azjaci są najmniej dokuczliwym składnikiem etnicznym w krajach wielokulturowych, takich jak USA (więcej s. 261).
Wracamy na Kinmen. Powstanie produktu było wynikiem czystego pragmatyzmu wojskowego. Jak podaje Archiwum Gorzelni Kinmen (金門酒廠), pomysłodawcą masowej produkcji był generał Hu Lian. W latach pięćdziesiątych wyspa cierpiała na brak paliwa i żywności. Oficer zauważył, że transport ryżu z Tajwanu jest zbyt drogi, więc zaproponował układ: wojsko dostarczy mieszkańcom ryż w zamian za uprawę sorga, potrzebnego do produkcji kaoliangu.
Proces produkcji został zoptymalizowany. Z sorga produkowano alkohol, a pozostałe po procesie łodygi służyły jako paliwo. Dodatkowo okazało się, że unikatowa woda z granitowych warstw wodonośnych Kinmen nadaje trunkowi wyjątkowy smak. To był biznesowy strzał w dziesiątkę.
Wokół picia kaoliangu narosła cała kultura żołnierska. Pije się go z małych kieliszków, jednym haustem, koniecznie z okrzykiem ganbei – do dna! – co miało hartować ducha żołnierzy na posterunkach wystawionych na kradnący morale wiatr.
Problematyczna w wymiarze strategicznym jest lokalizacja gorzelni. Wpierw tło: Kinmen Kaoliang Liquor Inc. kontroluje około 80% do 85% rynku krajowego w kategorii tradycyjnych, chińskich alkoholi wysokoprocentowych na Tajwanie. Roczna produkcja wynosi od 20 do 25 milionów litrów, co przy populacji Tajwanu (ok. 23,5 mln) daje niemal litr tego konkretnego trunku na każdego mieszkańca rocznie, wliczając niepijące niemowlaki. Ta dominacja wynika z oczywistej okoliczności – żołnierze wracający do cywila, często stacjonujący właśnie na Kinmen, wynosili z woja nawyk picia alkoholu właśnie tej marki. Sednem sygnalizowanego problemu lokalizacji jest to, że w razie rozpoczęcia inwazji na Tajwan zniszczenie gorzelni ostrzałem rakietowym w pierwszych minutach działań stanie się nokautem w morale całego narodu, graniczącym przez swoją perfidię ze zbrodnią wojenną.
Skoro jesteśmy przy morale, czas powiedzieć coś o propagandzie tamtych burzliwych czasów. To tu, na Kinmen, Chang Kaj-szek w 1952 roku wygłosił słynną przemowę mobilizującą uciekinierów 1949 roku do wysiłku celem zbudowania siły pozwalającej na odbicie Kontynentu z rąk (czy raczej krwawych szponów) komunistów.
Hasłem przewodnim tego wysiłku była słynna fraza wu wang zai Ju, którą na wyspie Kinmen widać wszędzie do dziś, a która na Tajwanie znikła niemal zupełnie. Odnosi się ona do słynnej, powszechnie znanej starożytnej opowieści, zbliżonej przesłaniem do polskiego mitu obrony klasztoru częstochowskiego w czasie potopu szwedzkiego. W chińskiej iteracji tego tzw. mitu energetyzującego natchniony generał Tian Dan, broniący ostatniego niezdobytego miasta przed inwazją sąsiedniego państwa, zdołał w szeregu błyskotliwych forteli i zabiegów doprowadzić do rozbicia oblegającej armii… a potem zupełnego przepędzenia agresora z granic państwa.
Trudno o lepszą opowieść, rymującą się z sytuacją Czang Kaj-szeka. Póki co Ju-Tajwan trwa i opiera się „komunistycznym zapędom” do aneksji wyspy, która jest prestiżowym priorytetem dla władz w Pekinie.
Jeśli spojrzeć na sytuację z ostatnich dwóch dekad, w szepcie rymującej historii odpowiednikiem geniuszu Tian Dana i marzenia Czang Kaj-szeka o odbiciu Kontynentu jest dominacja korporacji TSMC na rynku produkcji układów logicznych. Być może korporacja powinna z hasła „Nie zapomnij o Ju!” uczynić ze swój slogan firmowy?
Choć pomysł możecie uznać za niepoważny i nie na miejscu, wcale tak nie jest. To właśnie warty setki miliardów dolarów wyścig technologiczny jest na dziś krytyczną siłą, której istnienie gwarantuje Tajwanowi „utrzymanie status quo”. Przetrwanie. Siła ta jest kluczem do zrozumienia mechanizmów gospodarczych i strategicznych. Spójrzmy na kilka prostych faktów:
- Na lata 2025–2026 udział samego TSMC w PKB Tajwanu to 8,5–9%. Jeśli doliczymy efekt mnożnikowy (dostawcy, logistyka, usługi), cała branża półprzewodników generuje blisko 15–20% PKB.
- W szczycie, który miał miejsce w latach 2022–2025, wartość eksportu produktów TSMC (najnowocześniejszych chipów 3 nm i 5 nm) stanowiła niemal 20% (1/5!) całkowitej wartości wywiezionych z wyspy towarów. Warto pamiętać, że same półprzewodniki jako kategoria stanowią obecnie blisko 40% całego eksportu Tajwanu, z czego TSMC odpowiada za lwią część.
- Dodatkowo TSMC stanowi około 30–35% całkowitej wartości indeksu TAIEX (głównego indeksu giełdy w Tajpej). Korporacja jest największym płatnikiem podatku dochodowego od osób prawnych na Tajwanie, odpowiadając za około 10% całkowitych wpływów z tego tytułu do budżetu państwa.
Eksperci nazywają ten mechanizm „krzemową tarczą” Tajwanu. Po wgląd w strategiczne oraz geopolityczne szczegóły zapraszam do tomu Przetrwanie lub zagłada państwa. Tu dam wam do przemyślenia kluczowe filozoficzne spostrzeżenie:
Przed dekadami to siła ideologii, w tym mitów energetyzujących, była dominującym czynnikiem stabilizowania układu sił czy zwyciężania w konfliktach militarnych. W systemie Pax Americana rolę tę pełnią zależności gospodarcze i tzw. silniki ekonomiczne.
Wracamy na Kinmen. Podczas długoletniego impasu po 1958 roku konflikt między armiami obsadzającymi Kinmen a oddalonym o zaledwie kilka kilometrów Xiamen przybrał formę surrealistycznej wojny psychologicznej. Obie strony strzelały do siebie pociskami propagandowymi – zawierały one ulotki. Używano też gigantycznych głośników, z których emitowano piosenki ówczesnej tajwańskiej gwiazdy – Teresy Teng, namawiając chińskich żołnierzy do ucieczki na Tajwan. Zakazana surowo twórczość robiła w szeregach wroga furorę.
Elementem tej walki o serca i umysły były „balony z prezentami”. Z Kinmen w stronę Chin kontynentalnych puszczano balony z żywnością, ulotkami, a nawet damską bielizną, co miało pokazać dobrobyt na wyspie. Druga strona odpowiadała podobnymi paczkami.
Kuriozalnym elementem był system ostrzału „co drugi dzień” (ang. odd-day shelling). Przez lata ustalił się niepisany zwyczaj, że Chiny bombardują Kinmen tylko w dni nieparzyste. Pozwalało to mieszkańcom na pewną przewidywalność życia – w dni parzyste robili zakupy i brali śluby, a w nieparzyste schodzili do schronów. Ta „zorganizowana wojna” doprowadziła do powstania unikatowej psychologii mieszkańców, którzy nauczyli się żyć w rytm spadających pocisków.
Praktyka była tak niespotykana i w sumie zabawna, że Tajwańczycy jej nazwę przekuli na wyrażenie slangowe. Idiom dan da-shuang buda (單打雙不打) stał się metaforą sytuacji absurdalnych, rządzonych przez dziwne, biurokratyczne reguły, lub działań, które mają charakter czysto rytualny, a nie realnie sensowny. Ma ono posmak podobny do naszego „czeskiego filmu”, w niektórych kontekstach zawierając nutę obecną w istnej poezji stwierdzenia „nie mój cyrk, nie moje małpy”.
Właśnie z uwagi na potrzebę ukrycia się przed ostrzałem Kinmen stała się wyspą-serem – jest podziurawiona setkami tuneli. Najbardziej spektakularnym z nich jest Tunel Zhaishan (翟山坑道), wyryty w twardym granicie. Na oficjalnej stronie Parku Narodowego Kinmen przeczytamy, że budowa tego obiektu w latach sześćdziesiątych była nadludzkim wysiłkiem. Żołnierze pracowali 24 godziny na dobę, używając jedynie prostych narzędzi i dynamitu. W efekcie powstał kanał zdolny pomieścić 42 małe jednostki desantowe.
Dziś tunel ten nie służy już celom militarnym, a turystycznym. Kto zwiedzał Wilczy Szaniec, ten jest w stanie wczuć się w odczucia odwiedzających go turystów z ChRL.
Pod samym miastem Jinning rozciąga się sieć tuneli cywilnych. Mieszkańcy musieli budować schrony łączące ich domy z budynkami użyteczności publicznej. W czasach największego zagrożenia całe życie społeczne – szkoły, banki, a nawet szpitale – przenosiło się pod ziemię.
W roku 2009 rząd rozpoczął proces zwracania gruntów, które w latach pięćdziesiątych zarekwirowano mieszkańcom po to, aby wybudować instalacje obronne. I tak przestały być dostępne kompleksy, których eksploracja była marzeniem każdego eksploratora tego typu obiektów.
Czasem jest i tak, że mieszkańcy odzyskują grunty, ale często wraz z bunkrem, którego nie wolno im wyburzyć bez zgody konserwatora zabytków. Innym problemem jest brak dokumentów. Wiele rodzin uciekło z wysp Mazu, Kinmen i Mały Kinmen podczas ostrzałów, a stare mapy katastralne spłonęły lub zaginęły.
Bunkier widoczny na poniższym zdjęciu, wcześniej część większego parku, po oddaniu pierwotnemu właścicielowi, obsadzony krzakami, stał się całkowicie niedostępny.
Propaganda obu stron tamtego okresu to fascynujące pomniki historii i języka. Niektórych ówczesnych zwrotów i sformułowań – jako miłośnik eksplorowania slangu i poszukiwania słów dziwnych i nietypowych – wyuczyłem się, by zaskakiwać rozmówców. Czasem w rozmowach ze znajomymi związanymi z Kuomintangiem sygnalizuję nimi, że znam historię najnowszą Chin celująco. Oznajmiając kilkudniowy wyjazd do Chin, nazywam Chiny Kontynentalne „strefą [kontrolowaną przez] bandytów” – feiqu (匪區). Fei jest skrótem od określenia gongfei (共匪, dosł. komunistyczni bandyci), elementu słownika propagandowego Kuomintangu w czasach wojny domowej i po niej. Młodsi wiekiem członkowie KMT nie znają tego pierwszego słowa, więc często dochodzi do zabawnej konieczności wyjaśniania propagandy dawnych dni, zwykle kończącej się podniesieniem mojego statusu w oczach „tubylców”.
Wiele lat temu poświęciłem wiele czasu na badania propagandy obu stron wojny domowej. Ten wysiłek narracyjny prowadzony był pod hasłem „dać opór komunistom i odzyskać kraj” (fan gong fu guo 反共復國). Zwykle po tej nazwie dodaję moją autorską przeróbkę – kefu Zhongyuan (克復中原). Nazwa nawiązuje do starożytnej aspiracji z czasów Song (X w.), aby odzyskać z rąk obcych etnicznie państw region Rzeki Żółtej, a więc kolebkę chińskości.
W propagandzie Kuomintangu Mao Zedong był często przedstawiany jako krwawy tyran, marionetka Związku Sowieckiego lub potwór niszczący tradycyjne chińskie wartości (konfucjanizm). Częstym motywem był żołnierz KMT wyciągający rękę do głodujących i uciemiężonych mieszkańców kontynentu.
Plakatem, który wybrałem dla was na ilustrację, jest ten poniżej, pochodzący z wczesnych lat pięćdziesiątych. Napis głosi: „Dziś w Chinach Kontynentalnych panuje kompletny chaos”. W haśle użyto idiomu pochodzącego z epoki Tang, ponad tysiąc lat temu, z klasycznego tekstu Liu Zongyuana zatytułowanego O łapaczu węży. Autor opisuje w nim okrutnych poborców podatkowych, których wizyty w wioskach były gorsze niż plaga jadowitych węży. Pisał, że gdy przybywali do wioski, krzyczeli i siali taki popłoch, że „kurczaki i psy nie miały spokoju”.
Fraza opisuje stan totalnego chaosu, załamania porządku, który dotyka wszystkich dookoła – nawet domowe zwierzęta. Dobrze pasuje też do sceny, w której ktoś zachowuje się tak głośno lub agresywnie (z ang. disruptively), że cała okolica jest postawiona na nogi (np. awantura domowa, głośny remont w nocy). Pierwotnie odnosiła się do sytuacji, w których urzędnicy lub żołnierze najeżdżali wioski, by ściągać podatki lub dokonywać grabieży, siejąc panikę.
Sami Tajwańczycy używali idiomu do opisania dwóch sytuacji. Drugą jest cały okres białego terroru, ale i jego dokuczliwe symptomy – choćby nocne aresztowania, które podnosiły na nogi całe sąsiedztwo. Pierwszą sytuacją jest zaś ostrzał wyspy Kinmen – huk armat oraz wycie pocisków i wybuchy sprawiały, że życie cywilne i rolnicze kompletnie zamierało.
Oczywiście strona komunistyczna odpłacała tą samą monetą. Świadectwem jest plakat poniżej, którego reprodukcję kupiłem na straganie z pamiątkami po czasach Mao w hutongach obok Zakazanego Miasta w Pekinie. Napis głosi: „Oczywiście, że wyzwolimy Tajwan”.
Z tą przywiezioną z feiqu pamiątką wiąże się przezabawna anegdota. Pewnego razu gościłem u siebie kilku kolegów, studentów z uczelni. Zaprezentowałem plakat, chcąc poznać reakcję przybyłych. Jeden z nich n widocznie się podekscytował i podniósł rękę, by już-już cenny obiekt pognieść lub podrzeć. Zmitygował się w ostatniej chwili.
Rozmowa z wytwórcą noży z Kinmen
Najlepsze zostawiłem na koniec. Z pocisków propagandowych powstał najsłynniejszy produkt eksportowy wyspy – noże Maestro Wu (金門鋼刀). Ojciec obecnego opiekuna firmy był kowalem, który wpadł na oczywisty pomysł. Do produkcji narzędzi rolniczych zaczął używać stali z chińskich pocisków propagandowych, które w olbrzymich ilościach zalegały na polach. Dziś noże są praktycznie obowiązkową pamiątką kupowaną przez turystów z „komunistycznych Chin”. Z Panem Wu przyjaźnię się od lat – łączy nas zamiłowanie do noży2.
Pociski burzące często pękały na drobne, bezużyteczne odłamki. Pociski propagandowe zaprojektowano tak, by nie niszczyć ulotek w środku, przez co po uderzeniu w ziemię nie pękały. Stal użyta do ich produkcji musiała być szczególnie odporna, by wytrzymać zarówno wystrzelenie, jak i uderzenie o grunt bez szkody dla zawartości. To właśnie z tych korpusów powstają najtrwalsze noże.
Z racji profesji założyciel był wyjątkiem pośród mieszkańców. Kiedy inni bali się ostrzałów, kowal widział w nich darmowe dostawy stali najwyższej jakości. Po każdej nocy nieparzystej (kiedy trwał ostrzał), mieszkańcy wychodzili z domów i zbierali pociski, które potem odsprzedawali rzemieślnikowi. Stary Wu wyliczył kiedyś, że w ziemi na wyspie wciąż znajduje się wystarczająco dużo stali, by jego rodzina mogła produkować noże przez kolejnych kilka pokoleń. I tak właśnie się dzieje.
Młodszy Wu narzeka jednak na kwestię dostępności surowca. Choć na wyspę spadło około miliona pocisków, wydobycie ich z upływem dekad staje się problematyczne. Dawniej ludzie po prostu znajdowali je na polach, dziś firma współpracuje z rolnikami i ekipami budowlanymi, które podczas kopania fundamentów wciąż natrafiają na wbite głęboko w ziemię niewybuchy lub puste korpusy.
Ze względu na ogromną popularność noży z pocisków na rynku pojawiło się wielu naśladowców. A jednak mimo należytego, emanującego historią wystroju ich sklepików, używają oni zwykłej stali przemysłowej.
Wu Młodszy wspomina, że w dawnych latach praca z pociskami była niebezpieczna. Choć większość „prezentów” z kontynentu była wypełniona papierem, zdarzały się niewybuchy z prochem i trzeba było nauczyć się je odróżniać. Opowiada też, że nawet dzisiaj, kiedy rozcina stare, zardzewiałe skorupy palnikiem acetylenowym, w warsztacie czasem unosi się specyficzny zapach przeszłości, który natychmiast przywołuje wspomnienia nocy i dni spędzanych w schronach.
Wu wie, że stal z różnych okresów ostrzału ma inne właściwości. Pociski z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych pochodziły nie tylko z Chin, ale i ZSRS. Ja tego nie potrafiłem zobaczyć mimo demonstracji, ale on sam twierdzi, że potrafi rozpoznać jakość stali po tym, jak iskry sypią się pod szlifierką.
To Wu Tseng-dong wpadł na pomysł, by z firmy sprzedającej narzędzia rolnicze zrobić atrakcję dla turystów. Udało mu się stworzyć laozihao, czyli markę, która staje się symbolem miejsca i obowiązkowym przystankiem dla wizytujących Kinmen. W wywiadach dla prestiżowych mediów wyjaśnia swój sukces – trzeba sprzedawać emocję związku pozornie zwykłego noża z historią. Tak jak i dla nas, jest dla niego zabawne, że chińscy turyści, którzy dziś masowo kupują jego noże, de facto „kupują z powrotem stal, którą ich rząd wysłał na wyspę za darmo”. Gdy czasem osobiście prowadzi pokazy dla kolejnej grupy, która właśnie wysypała się z kolejnego autobusu, żartuje z nimi, mówiąc: „Patrzcie, zwracamy wam waszą własność, ale w nieco bardziej użytecznej formie”.
Typową pamiątką jest dla tych gości tasak do mięsa lub warzyw wykonany zwykle wedle współczesnych i nowoczesnych stylów. Dzięki temu pamiątka, często kupowana na prezent, ma pełne wartości użytkowe.
■